Prace nad ostatnią „LORELEI nr 38″ trwały równo 10 miesięcy. Specjalna, bezkompromisowa wersja powstała na zamówienie klienta, który od kilku lat cieszy się dźwiękiem innego egzemplarza „LORELEI”. Wymarzył sobie posiadanie najlepszego powstałego dotąd wzmacniacza autorstwa Andrzeja Markowa i zdaje się, że spełnił swoje marzenie. Lepszej sztuki dotąd nie słyszałem.

 

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że obecna wersja niewiele różni się od poprzednich, ale to tylko pozory. Przede wszystkim ostatecznie zostały dopracowane transformatory wyjściowe. Zanim  nawinięto obecne 18-sekcyjne Białe Kruki, powstało trafo eksperymentalne z jeszcze grubszym drutem w uzwojeniu anodowym. Okazało się szalenie trudne do wykonania, lecz gorzej grające od dopracowanego wcześniej układu, co potwierdziło się dopiero w czasie testów. Po tej próbie wiadomo na 100%, że wyżej Białego Kruka nie da się poleciec na rdzeniu, z którego korzysta pan Andrzej. Pozostałe zmiany wiążą się z nowymi opornikami w kluczowych dla dźwięku miejscach oraz doborem kondensatorów lepszej niż dotąd jakości. Poza tym wyprowadzono na zewnątrz przełącznik do odłączania sprzężenia zwrotnego, co wielu purystycznych audiofilów może ucieszyć. Najważniejsza zmiana dotyczy lamp. W preampie i jako wejściówki użyto lamp 6F8G – Tungsol roundplate z 1942 roku – uważane za najlepsze na świecie podwójne triody do zastosowań audio. Jako wtórniki lamp mocy pracują radzieckie  6N15P-ER (najprecyzyjniej wykonane z całej rodziny tych lamp).


 

Odsłuch testowy robiliśmy na kolumnach Holophony (wersja z roku 2013), korzystając z najnowszego okablowania Dreamlink firmy Avatar Audio. Wzmacniacz stanął na granitowych płytach ułożonych na stoliku Ostoja. Pan Andrzej przyniósł ze sobą ulubione płyty. Obaj świetnie je znamy, towarzyszą od zawsze odsłuchom „LORELEI”. Na pierwszy ogień poszła płyta Joe Hendersona, po niej Dave Brubeck, Leontyna Price, Li Hanxi oraz świetnie nagrane stare big bandy ze „złotej płyty” Andrzeja. Wszystkie nagrania pokazały się niewiarygodnie realistycznie, z sugestywnie narysowaną sceną, świetną dynamiką i znakomitą barwą. Obaj ze zdumieniem odkrywaliśmy nowe muzyczne informacje, dotąd pokazywane nie dość czytelnie albo z mniejszą finezją. Mnie najbardziej zaskoczyła barwowa doskonałość „Lorelei nr 38″. Czułem zmysłową przyjemność przy odsłuchu fortepianu, skrzypiec, trąbki czy kontrabasu. Każdy instrument pokazywał właściwą sobie swobodę dynamiczną  i odsłaniał wielobarwne przejścia tonalne. Miałem wrażenie, że słucham instrumentów na żywo, a scena dźwiękowa rozciągała się daleko poza granice ścian mieszkania. Czysta magia.

(tekst i foto W. Korpacz)