Nie ma wątpliwości – najnowszy egzemplarz „Lorelei” kładzie jednym palcem wszystkie swoje poprzedniczki. Gra pod każdym względem lepiej, ale jego największym atutem jest absolutnie naturalna barwa dźwięku. Wsłuchiwałem się w brzmienie kilku płyt testowych, które znam już na pamięć. To, co mnie zaskoczyło na wstępie, to niewiarygodna swoboda, z jaką „Lorelei” przekazywała niuanse barwy dźwięku. Ucho delektowało się równocześnie subtelnymi odcieniami wybrzmień, podobnie jak oko cieszy się wielobarwnością czerni w malarstwie Caravaggia. Bas schodził tak nisko, że szarpnięcia struny kontrabasu odbierałem w dużym stopniu ciałem. Krótkie solówki na basie pobudzały puls, a gwałtowny atak perkusji wyzwalał niesamowitą dawkę emocji. Adrenalina krążyła w tętnicach pobudzana dosłownie każdym dźwiękiem, gdy słuchałem lampowej masywności organów Hammonda, przetykanych wręcz odczuwalnym na skórze pulsem basu. Oszałamiająco brzmi też stopa. Czuje się ją całym ciałem, od stóp po czubek głowy, przy czym najmocniej uderzała w piersi. Skoro jestem przy perkusji, nie mogę pominąć kwestii brzmienia blachy. Zachwyciłem się łatwością, z jaką rozróżniałem uderzenia w poszczególne talerze. Nawet laik usłyszy, czy pałka spadła na krawędź talerza, czy na jego środek. Blachy grały tyloma odcieniami różnorakich uderzeń, że doskonale znane nagranie nabrało zupełnie nowej klasy. Chciało się słuchać i słuchać, a z minuty na minutę muzyka bardziej porywała i robiła coraz większe wrażenie.  Nasycony jazzem musiałem odpocząć dobry kwadrans, żeby wygasić emocje i uspokoić oddech. W tym czasie pan Andrzej wypunktował przewagę najnowszej „Lorelei” nad poprzedniczkami. Przede wszystkim, nawinął – jak sam mówi – najlepsze jak dotąd transformatory głośnikowe. Ich klasa związana jest ze starannością wykonania, ale aż tak spektakularną poprawę jakości brzmienia przyniosło radykalne zmniejszenie oporności uzwojenia anodowego (ze 150 omów dla jednej połówki we wcześniejszych egzemplarzach „Lorelei” do 64 omów w ostatniej sztuce). Transformatory głośnikowe pracują swobodniej, ponieważ  strumień magnetyczny szybciej reaguje na zmiany sygnału. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji poprawie ulegnie przede wszystkim mikrodynamika, co oczywiście nastąpiło, ale najbardziej odczuwalną zmianę usłyszałem w barwie – instrumenty  mienią się tyloma subtelnymi odcieniami,  że brzmią jakby grały na żywo. Przyjemność słuchania ogromna. Wystarczy, że muzyk zadmie w ustnik, trąci strunę, albo uderzy palcem w klawisz, rozlega się czysty, naturalny dźwięk, o jakim się marzy.  

(tekst i foto W. Korpacz)